|
|
Opcja na prawo: Pod różowymi sztandarami, 1.05.2003
W ostatnich tygodniach coraz więcej słychać na temat nowej
gangreny toczącej nasz naród, która zwie się homofobią. W tej sytuacji "zionącym
tolerancją" nie pozostało już nic innego jak stworzyć szeroko zakrojoną Kampanię
Przeciw Homofobii. Na wysokości zadania stanęło, jak zwykle, biuro minister
Jarugi-Nowackiej. Ponieważ ogólnopolski zakres kampanii reklamowej przewyższa
"skromny" budżet biura, pani ministerka przekonała do swego genialnego pomysłu
kancelarię premiera, w której przecież nie może zabraknąć pieniędzy na tak szczytny
cel, jak walka z uprzedzeniami w stosunku do homoseksualistów. Cała akcja o
nazwie "Niech nas zobaczą" polegać ma na oplakatowaniu naszych miast zdjęciami
gejów i lesbijek trzymających się za ręce. Akcja ta, wedle organizatorów całej
hucpy, jest powinnością rządu, gdyż wchodząc do Unii Europejskiej należy pokazać,
że homoseksualiści są w naszym kraju normalnymi ludźmi. Cała ta sytuacja pokazuje,
że akceptacja dla "uciskanej mniejszości" jest sprawą drugorzędną, a naprawdę
chodzi o to, by homoseksualiści dopuszczeni zostali także do żłoba z pieniędzmi
z naszych podatków. Wydać je można w sposób dowolny, a jak to przy wysypywaniu
pieniędzy z worka, zawsze się coś do dna przyklei... Już na początku całej akcji
ustawiono odpowiednio pole konfliktu: kto jest przeciwko akcji, ten homofob
i wróg tolerancji, faszysta i klerykał. O dziwo, nie spodziewano się, że atak
przyjdzie ze strony... homoseksualistów. Zajmując się tym tematem, prześledziłem
uważnie (ku zdumieniu mojej żony) homoseksualne portale internetowe, szukając
komentarzy samych homoseksualistów ŕ propos całej akcji. Jakież było moje zdziwienie,
gdy spotkałem właśnie tam niechęć wobec tego rodzaju działań. Ogólny ton wypowiedzi
streścić można w zdaniu: cała akcja finansowana z kieszeni podatników, wbrew
ich woli (według ostatnich danych CBOS, 70% Polaków uważa stosunki homoseksualne
za niewłaściwe i traktuje je jako dewiację) pogorszy jeszcze stan homofobii
w Polsce. To nie tylko bezsensowna akcja, ale nawet szkodliwa. Dlatego proponujemy
alternatywne akcje, np: zbierania żywności dla dzieci ubogich, finansowanie
obiadów w szkołach, pomoc dla domów dziecka etc. Tego rodzaju akcje zmienią
nastawienie heteroseksualistów do nas, dostrzegą oni w nas normalnych ludzi.
Kontekst tej sprawy wskazuje jasno i wyraźnie na pewne rozgraniczenie. Media
w kwestii homoseksualizmu stworzyły bardzo mylny obraz. Utożsamiono bowiem geja
z homoseksualistą. Różnica jednak istnieje i to zasadnicza. Między homoseksualistą
a gejem jest taka sama różnica jak między heteroseksualistą a erotomanem-dziwkarzem.
Termin "gay", wywodzący się ze staroprowansalskiego gai (wesoły, rozbawiony),
sugeruje określony sposób życia. Ruch gejowski, obok dumy z bycia homoseksualistą,
do rangi sensu życia podniósł rozwiązłość i erotyzm. Wystarczy zaobserwować
parady miłości organizowane rokrocznie w wielu miastach świata, by zobaczyć,
że głównym przesłaniem nie jest pokazanie światu homoseksualistów zdolnych do
miłości, poświęcenia, uczuć, ale zaprezentowanie swoistej homoseksualnej orgii.
Nie paradują tam normalnie ubrani i zachowujący się ludzie, którzy chcieliby
prezentować światu przesłanie: mimo odmienności seksualnej jesteśmy tacy sami
we wszystkich innych sferach życia. Uczestnicy gay and lesbian parade, jak określił
trafnie Rafał Ziemkeiwicz to: banda picusiów, półnagich albo poprzebieranych
w siatkowe pończochy, skórzane imitacje mundurów SS, łańcuchy, wypinających
na nas zadki i krzyczących "jesteśmy męskimi dziwkami, puszczamy się na prawo
i lewo – i z tego właśnie jesteśmy dumni!!!". Największą nieuczciwością tego
odrażającego ruchu jest to, że przywłaszczył on sobie prawo do reprezentacji
całego świata homoseksualistów, analogicznie jak ruch feministyczny rości sobie
pretensje do tego, by reprezentować prawa wszystkich kobiet. Agresywny ruch
gejowski ukazał dosadnie swe oblicze na początku lat 70, gdy został solidnie
przetrzebiony przez AIDS. Amerykańscy lekarze, widząc skalę problemu, zaapelowali
do gejów, by do momentu wynalezienia szczepionki przeciw AIDS spróbowali ograniczyć
swe kontakty seksualne do jednego partnera. Reakcja była natychmiastowa – zaatakowano
lekarzy za taką deklarację, naruszyli bowiem coś, co stanowi fundament, sens
i cel ich życia – codzienną orgię. Propozycja lekarzy uderzyła w całą strukturę
organizacyjną ruchów gejowskich: z klubami, dyskotekami, gdzie w toaletach "zaliczano"
taśmowo kolejnych partnerów. Do całej akcji sprzeciwu włączyły się, oczywiście,
media, relacjonując w żałobnym tonie kolejne pogrzeby "gwiazd", które poległy
na tym właśnie gejowskim polu chwały jak bojownicy... Przy okazji obowiązkowo
wspominano, że gej to człowiek nad wyraz wrażliwy i uczuciowy, przewyższający
w tej materii heteroseksualistę. Jak tu pogodzić wrażliwość i uczuciowość z
taśmowym i anonimowym parzeniem się w toaletach i w krzakach, wiedzą pewnie
tylko dziennikarze... Każdemu, kto próbuje ująć ruch gejowski nie tylko w ramach
wulgarnego seksu, polecam odwiedzenie witryn internetowych skupiających to środowisko.
Rubryka ogłoszeń jest bardzo zbliżona do napisów w dworcowych toaletach. Swoją
drogą ciekawe jest przy tej okazji podejście świata mediów do choroby AIDS.
Co roku świętuje się światowy dzień AIDS. Błyskotliwie zauważa Stanisław Michalkiewicz:
jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy urządzenie Światowego Dnia Trypra. Dowodzi
to bezwarunkowej wyższości AIDS nad tryprem, chociaż z tego, co mówią fachowcy,
wynika, że i jednym, i drugim najłatwiej zarazić się poprzez stosunek seksualny.
Wyższość AIDS wynika z tego, że choroba ta ma pewien wątek martyrologiczny związany
z ruchem gejowskim. Z tym wątkiem związany jest też pewnego rodzaju snobizm.
Bo gdyby "męczennicy" gejowscy zmarli na zwykły skręt kiszek, kto by odlewał
ich nazwiska w spiżu? Już w latach 60. XX wieku Habermas pisał, że nadchodzące
dziesięciolecia będą terrorem tolerancji. Te prorocze słowa ustawiają nam pole
widzenia świata. Polityczna poprawność tolerancję ustawiła na ołtarzu chwały
obok demokracji i wolności. Tę sytuację wykorzystało idealnie lobby homoseksualne.
Coraz więcej krajów zapisuje w swych konstytucjach prawo do legalizacji związków
homoseksualnych na równi z małżeństwem (Dania, Holandia, Francja). W Szwecji
postępowość nakazała parlamentowi zezwolić parom homoseksualnym na adopcję dzieci
z zagranicy, co więcej – powołano się na stanowisko Szwajcarskiej Ligi Kobiet
Katolickich (takie one katolickie, jak SLD...) popierające adopcję dzieci przez
pary homoseksualne (w Polsce entuzjastką tego rozwiązania jest np. Maria Berny
z SLD). Osobiście nie dziwię się tej sytuacji: jeżeli otworzymy jedną furkę,
w tle pozostaną następne z kluczem w zamku, kwestią czasu jest tylko, kto je
otworzy jako pierwszy. Współcześnie istnieje wręcz fobia, że stawianie jakichkolwiek
granic tożsame jest z ograniczeniem wolności. Na konsekwencje takiej postawy
nie trzeba czekać długo: o ile zezwalamy, by traktować związek homoseksualny
jako rodzinę (już sama nazwa jest niezręczna, bo rodzina wskazuje na rodzenie),
nie dziwmy się, że konsekwencją tego kroku będzie chęć poosiadania dzieci przez
homoseksualistów (w Szwecji nie informuje się nawet o tym adoptowanych dzieci,
jak to było w przypadku 14-letniej Moniki z Maputo w Mozambiku, która wiedząc
o adopcji, przeżyła na lotnisku szok, gdy dowiedziała się, że będzie miała dwie
podstarzałe mamy-lesbijki). Psycholodzy już biją na alarm, wskazując pewną niepokojącą
konsekwencję obserwowaną na modelu szwedzkim: lesbijki adoptują dziewczynki,
geje zaś chłopców. Co do normalnego modelu rodziny homoseksualnej też jest wiele
wątpliwości. Badania wskazują jednoznacznie, że homoseksualne "rodziny" protestują
przeciwko "obciążeniu ich rygorem wierności", i trudno się tym deklaracjom dziwić,
bo badania mówią wyraźnie, że statystyczny związek homoseksualny (u mężczyzn)
trwa pięć lat, liczba zaś partnerów znacznie przewyższa liczbę lat w "trwałym
związku" – według statystyk amerykańskich homoseksualiści mają najczęściej od
20 do 100 partnerów rocznie, a w ciągu całego życia – od 300 do 500. Jak w tej
sytuacji (pomijając już całą sferę ojcostwa i macierzyństwa, tak potrzebną do
rozwoju osobowego dziecka) pokazać dziecku takie wartości, jak wierność i miłość?
Świat związków homoseksualnych, lansowany jako przyjazny i ciepły, sprzyjający
rzekomo budowaniu ogniska domowego, jest nieco inny. Wystarczy zajrzeć do specjalistycznej
literatury, by dojrzeć: niestałość związków, ciągłą rywalizację, zazdrość, rotacyjne
zdobywanie nowych partnerów, koszmar starzejących się – niechcianych homoseksualistów.
W wyniku tego rodzaju doświadczeń grupa homoseksualistów podatna jest w dużo
większym stopniu na samobójstwa. Traktowanie homoseksualizmu jako pewnej normy
jest w pewnym sensie eksperymentem cywilizacyjnym, za który w najbliższych latach
przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę. Dzisiaj nas tylko śmieszą (a nie oburzają)
roszczenia nekrofilów, by po ich śmierci przekazać zwłoki koledze o podobnych
preferencjach – nekrofile powołują się przy tym na te same przesłanki, co homoseksualiści:
jest tam bowiem obopólna zgoda, są wolnymi, żyją w wolnym kraju, kochają ten
rodzaj seksu, więc analogicznie do innych akceptowanych orientacji też się domagają
niekaralności i braku potępienia społecznego. Czekać tylko dnia, gdzie powstaną
pod opieką Sanepidu specjalne sex-shopy ze zwłokami dla tej "innej orientacji
seksualnej". Zapewniam: wszystko kwestią czasu... Już w Stanach Zjednoczonych
grupa zachęconych roszczeniami homoseksualistów domaga się od Kongresu zalegalizowania
związków kazirodczych i poligamii. Homoseksualizm jako uleczalna choroba – bluźnierstwo
czy prawda? Większość z nas zna cytaty z Pisma św. potępiające grzechy homoseksualizmu.
Podobnie większość z nas pamięta Boską Komedię Dantego, w której autor umieszcza
sodomitów w dziewiątym kręgu piekła, razem z Judaszem i innymi zdrajcami. Pewnym
zderzeniem może więc być dla nas deklaracja z 1973 roku wydana przez Amerykańskie
Towarzystwo Psychiatryczne, wykluczające homoseksualizm z rejestru zaburzeń
osobowych (do roku 1961 sodomia – jak nazywano wtedy homoseksualizm – była karalna).
Dwadzieścia lat później Światowa Organizacja Zdrowia oświadczyła także, że homoseksualizm
nie może być rozpatrywany jako jednostka chorobowa. Od tego czasu homoseksualizm
pojawia się gwałtownie w całej kulturze: od świata sztuki, polityki, mediów
po Kościół. Teza przyjmująca homoseksualizm jako normę, na dodatek poparta nauką,
przyjęta została z pewnością aksjomatu i wszelkie naruszenie tego stanu rzeczy
odbierane jest jako jawny przejaw nietolerancji i zacofania. Ale jak to ze współczesną
nauką bywa, dane pojawiające się w ustach ekspertów są biegunowo różne: ruch
gejowski w USA utrzymuje, że 10% społeczeństwa to zdecydowani homoseksualiści,
natomiast uniwersytety badające sprawę zdecydowanie twierdzą, że odsetek ten
nie przekracza 2%. Podobnie było ze sprawą "odkrycia" genu odpowiedzialnego
za homoseksualizm w National Institute of Health w 1993 roku. Ten sam Instytut
pięć lat po epokowym odkryciu, przy całkowitym braku zainteresowania mediów,
wycofał się z poprzednich ustaleń, twierdząc, że końcowa teza o genetycznym
uwarunkowaniu stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Gdyby pociąg płciowy do osób
tej samej płci był determinowany genetycznie, należałoby się spodziewać, że
bliźnięta jednojajowe będą miały podobne preferencje seksualne. Jednak historie
opisywanych przypadków często ukazują zdecydowaną rolę czynników środowiskowych,
które wpłynęły na rozwinięcie się skłonności homoseksualnych u jednego z bliźniaków.
W tym samym Instytucie opublikowano też badania na nastolatkach o orientacji
homoseksualnej. Około 90% wskazało modę jako przyczynę bycia homoseksualistą!!!
Wiele autorytetów naukowych (z roku na rok coraz więcej; patrz prace: dr Samuel
B. Hadden, dr Lionel Ovesey, dr Charles Socarides, dr Harold Lief, dr Irving
Bieber) wskazuje jasno na źródło zachowań homoseksualnych w takich powodach
jak: alienacja w stosunku do ojca we wczesnym dzieciństwie (ojciec był odbierany
jako wrogi, daleki, porywczy lub alkoholik), matka nadopiekuńcza (w przypadku
długo oczekiwanego dziecka) lub potrzebująca i oczekująca zbyt wiele (dotyczy
tylko chłopców), matka emocjonalnie niedostępna (dla dziewczynek), rodzice,
którzy nie zdołali ukierunkować identyfikacji z własną płcią, u chłopców brak
zabaw związanych z płcią (zabawy zręcznościowe, sport zespołowy, zabawy wysiłkowe,
bijatyki etc.), a co za tym idzie brak identyfikacji z rówieśnikami tej samej
płci, wykorzystanie seksualne lub gwałt, utrata rodzica z powodu śmierci lub
rozwodu, oddzielenie od rodzica w krytycznym okresie rozwojowym. Naukowcy wyraźnie
zaznaczają, że jeżeli emocjonalne i rozwojowe potrzeby każdego dziecka będą
prawidłowo zaspokojone, zarówno przez rodzinę, jak i przez rówieśników, rozwój
osobowy skierowany na tę sama płeć jest niemożliwy. Jednak gdy media promują
przekonanie, że pociąg płciowy do osób tej samej płci jest schorzeniem genetycznie
determinowanym, cała skuteczność działań prewencyjnych postawiona jest pod znakiem
zapytania. O ile media całkowicie pomijają aspekt skutecznego leczenia z homoseksualizmu,
to "eksperci" stawiają ten problem w ciekawym świetle. Krytykują oni skuteczną
terapię, ukierunkowaną na zmianę orientacji seksualnej, jako nieetyczną (J.
Davison, A. Gittings, G. Begelman, J. Silverstein), uważając ją za gwałt wobec
tych, którzy zmiany nie chcą, ale poddani społecznej czy religijnej presji,
godzą się na nią. Ciekawostką jest tutaj fakt, że wszyscy ci, którzy uważają
terapię za coś nieetycznego, odrzucają abstynencję od pozamałżeńskiej aktywności
seksualnej jako coś cennego, nie widząc nic złego w niewierności towarzyszącej
trwałym związkom, a za normę etyczną przyjmują anonimowe kontakty płciowe, czyli
ogólną rozwiązłość. Niektórzy w swych zapędach zmiany etyki proponują zredukować
restrykcje odnośnie kontaktów seksualnych między dorosłymi i nieletnimi (por.
P. Mirkin: The Weekly Standard, s. 4: (...) molestowanie dzieci, podobnie jak
homoseksualizm, jest szczególnym wytworem kulturowym i klasowym naszych czasów.
Choć Amerykanie traktują międzypokoleniowe kontakty płciowe jako coś złego,
były one dopuszczalne lub obowiązkowe w wielu kulturach i okresach historii.
Kontakty seksualne z młodymi chłopcami są szczególnie pospolitym zjawiskiem)
lub zaprzeczają, jakoby wykorzystywanie seksualne dzieci prowadziło do negatywnych
konsekwencji psychologicznych (por. Rind lub Smith: Suppose there is a Gay Gene
s. 68: (...) pedofilia jest bardziej kulturową etykietką, niż zagadnieniem z
istoty medycznym czy psychiatrycznym; odkrycia antropologiczne potwierdzają
ten punkt widzenia. Jak na razie prawne obostrzenia, wynikające z całego szumu
wokół homofobii, dotyczą jedynie sfery pracy i zatrudnienia. Rada Europy w §
13 Traktatu Amsterdamskiego zobowiązała wszystkie kraje członkowskie do zagwarantowania
homoseksualistom równego dostępu do rynku pracy. Z oburzeniem przyjmują europejscy
rajcy informacje pochodzące ze Stanów Zjednoczonych. Ostatnio szczególnie ostrą
dyskusję wywołała decyzja Amerykańskich Skautów, zakazująca dopuszczania homoseksualistów
do grona wychowawców i opiekunów. Podobnie 70% Amerykanów jest za niedopuszczaniem
homoseksualistów do wojska, powołując się przy tym na powody przedstawione przez
dowódców Pentagonu: ryzyko szantażu oficerów przez swych kochanków mających
dojście do tajnych dokumentów, homoseksualny przełożony może wykorzystać swoje
stanowisko do rekrutacji przyszłych partnerów, intrygi seksualne mogą zmniejszyć
skuteczność armii, homoseksualiści mogą się też izolować od grupy tworząc swoistą
subkulturę i hermetyczne środowisko, mające zły wpływ na pozostałych żołnierzy.
Ogromnym zagrożeniem są też racje zdrowotne (większy odsetek nosicieli wirusa
HIV, żółtaczki i chorób wenerycznych). Większość specjalistycznych poradni,
do których trafiają młodzi homoseksualiści, daje im jedną odpowiedź: z naturą
nie można walczyć, skoro masz takie skłonności, to widocznie tak musi być i
nie ma innego wyjścia. Zgłaszającym się do poradni proponuje się znaną książkę
Sashy Alyson Young, Gay and Proud (Młodzi, homoseksualni i dumni), w której
można spotkać takie oto porady: Po co marnować energię i przeciwstawiać się
najgłębszym instynktom? Możesz użyć tę energię na kultywowanie swojej indywidualności.
Seksuolodzy z poradni zwyczajowo radzą, by swoją orientację zaakceptować, ale
skoro klient sobie nie życzy, najczęstszą radą jest to, by możliwie często się
onanizowali, co spowoduje rozładowanie napięcia seksualnego. Wedle niektórych
psychologów, psychiatrów i lekarzy takie stanowisko jest bardzo krzywdzące i
nieetyczne. Dla tych, którzy odczuwają pewien dyskomfort w sytuacji bycia homoseksualistą,
istnieje pewna nadzieja na zmianę. Obecnie, w dobie zalewu mediów i świata polityki
terrorem tolerancji i równouprawnienia, warto przedstawić nie tyle drugą stronę
barykady z bojownikami walczącymi z homoseksualizmem (jak np. w Rosji, gdzie
Państwowa Duma rozważa projekt ustawy zakazującej homoseksualizmu i uznającej
stosunki homoseksualne za niezgodne z prawem i podlegające karze więzienia do
lat pięciu), a bardziej pewną alternatywną opcję, pozbawioną pogardy i uprzedzeń.
Współczesne media, tak gorąco szukające nowinek i sensacji, skwapliwie milczą
na temat rozrastającej się sieci klinik leczących z homoseksualizmu. Jeden z
psychiatrów amerykańskich, Robert Spitzer, będący współtwórcą rezolucji Światowej
Organizacji Zdrowia wykluczającej homoseksualizm z rejestru chorób, sam przyznał,
że się mylił. Po wielu latach pracy z homoseksualistami przyznał, że źródło
cierpień, jakim są poddani homoseksualiści, nie pochodzi bynajmniej z presji
środowiska, modelu kultury, presji religijnej czy obyczajowej piętnującej ich
zachowania. Cierpienie pochodzi od wewnątrz, pochodzi z niemożności zaspokojenia
swych potrzeb, braku zgody między oczekiwaniami a partnerami. Co więcej, spotkał
się on z pozytywnymi efektami pracy psychologów pomagających homoseksualistom
przy reorientacji swej osobowości. Oczywiście, opiniotwórcza "Gazeta Wyborcza"
(z dn. 11 IV), relacjonując sprawę Kampanii przeciw Homofobii, "obiektywnie"
piórem Andrzeja Osęki stwierdza o homoseksualistach: Tacy się urodzili. Powtórzmy
to jeszcze: (...) gejem lub lesbijką nie zostaje się z wyboru, nie można się
też z homoseksualizmu wyleczyć. Zawsze się zastanawiam, czytając tego rodzaju
brednie, czy to świadome kłamstwo autora czy aż tak wielka ignorancja piszącego.
Jeżeli autor podejmuje się pisać na ten temat, niemożliwe, by nie słyszał o
skutecznych terapiach reorientacyjnych czy o badaniach stwierdzających ewidentny
wpływ mody na postawy seksualne młodych ludzi. Ale kto dziś poważnie traktuje
"Gazetę Wyborczą"... Jako odtrutkę na tego rodzaju deklaracje, proponuję wszystkim
przeczytanie książki Gerarda van den Aardwega Homoseksualizm i nadzieja, gdzie
autor (jeden z najbardziej znanych europejskich psychoterapeutów) w sposób klarowny
i jasny udowadnia, że homoseksualizm jest zakorzeniony w problemie psychicznym,
który można z powodzeniem leczyć. Opisuje też szczegółowo tryb leczenia, ilustrowany
analizami przypadków. Mówiąc o stałej zmianie orientacji z homoseksualnej na
heteroseksualną, trzeba przyjąć pewne przesłanki, bez których nie będzie możliwe
zrozumienie całej sprawy: po pierwsze: homoseksualizm nie jest wrodzony. Nikt
nie rodzi się homoseksualistą. Pragnienia homoseksualne są zawsze następstwem
nierozwiązanych problemów z dzieciństwa, które powodują u dziecka czy młodzieży
zaburzenia w obrębie tożsamości seksualnej. Potwierdzają to liczne badania.
Jak przyznają psycholodzy: nie spotkano jeszcze żadnego przypadku mężczyzny
homoseksualisty, który miałby dobrą relację ze swoim ojcem. Po drugie: homoseksualista
sam musi chcieć trwałej zmiany, żaden uczestnik terapii nie może być przymuszony
do brania w niej udziału. Po trzecie: istnieje możliwość całkowitej reorientacji
seksualnej z homoseksualnej na heteroseksualną. W Polsce, w Lublinie (dzielnica
Sławinek) od kilku lat działa grupa katolicka Odwaga pod kuratelą jezuity O.
Mieczysława Kożucha, psychologa i psychoterapeuty (studia w Rzymie i Paryżu),
który jako pierwszy w Polsce podjął się duszpasterstwa osób homoseksualnych,
przy jednoczesnej pomocy w zmianie orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną.
Od wielu lat pracując z osobami dotkniętymi przypadłością homoseksualizmu mówi
otwarcie: homoseksualizm w moim odczuciu to też wynik pewnej mody. Krytykuje
też jako praktykujący psycholog oświadczenie Światowej Organizacji Zdrowia,
uznającej homoseksualizm za normę. Uważa bowiem, że jest to zwykłe zaniechanie
pomocy ludziom chorym. Z roku na rok przychodzi do niego coraz więcej ludzi
chcących wyjść z homoseksualizmu. Co więcej – to się udaje. Ojciec Kożuchowski
mówi: możliwa jest całkowita zmiana orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną.
Trzeba mówić o tym coraz głośniej. Tezę tę potwierdzają autorytety naukowe i
środowiska terapeutyczne. A przede wszystkim efekty tego rodzaju prac. W Polsce
o. Kożuchowski stosuje najbardziej znaną metodę terapeutyczną – metodę Cohena.
Richard Cohen przeżył w związku homoseksualnym kilka lat. Dzięki chęci i wysiłkowi
terapeutycznemu na trzech poziomach (duchowym, fizycznym i społecznym) odszedł
od zachowań homoseksualnych, wracając do stanu heteroseksualnego. Obecnie ma
żonę i dzieci. Prowadzi też terapię reorientacyjną (ponieważ Redaktor Naczelny,
jako "cenzor", nie zezwala na długie teksty w "Opcji", podaję zainteresowanym
wyniki badań, przebieg terapii i świadectwa wyleczonych na: oaza.de). Homoseksualista
katolik? Kościół katolicki, wbrew obiegowej opinii, jasno i wyraźnie opowiada
się przeciw homoseksualizmowi. Katechizm w par. 2358 mówi wyraźnie: Osoby związane
małżeństwem są wezwane do życia w czystości małżeńskiej; pozostali praktykują
czystość we wstrzemięźliwości (KKK 2349). Tradycja (...) zawsze głosiła, że
akty homoseksualne z samej swej wewnętrznej natury są nieuporządkowane (...)
W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane (KKK 2357). Roman Konik
(fragmenty)
|