|
|
Gazeta Wyborcza: Kampania przeciw innym, 10.04.2003
W Warszawie, Krakowie i kilku innych miastach Polski ujrzeć można billboardy, na których trzymają się za ręce chłopiec z chłopcem, dziewczyna z dziewczyną. To geje i lesbijki. Fotografie noszą napis "Niech nas zobaczą". Pojawiają się - i znikają.
W Krakowie na wieść o Kampanii przeciw Homofobii członkowie klubu Ligi Polskich Rodzin rady miasta zwrócili się do prezydenta Krakowa z obcesowym pytaniem: "Czy ma zamiar wspierać homoseksualistów?". Zażądali, by postawić tamę zgorszeniu. Prezydent Jacek Majchrowski (wysunięty przez SLD) oficjalnie nie przedsięwziął żadnych kroków w tej sprawie, powiedział jednak prasie, że plakaty są - jego zdaniem - kontrowersyjne i że obawia się niszczenia przystanków komunikacji miejskiej, gdzie miano je rozklejać. Wcześniej z Kampanii wycofała się agencja reklamy zewnętrznej AMS. Swych tablic użyczyła firma Cityboard Media i pewna ilość plakatów z wizerunkami homoseksualnych par pojawiła się jednak na ulicach Krakowa. W nocy z 29 na 30 marca nieznani sprawcy pomazali je wszystkie farbą.
Spacer trzydziestu par
Zdjęcia wykonała Karolina Breguła, absolwentka szkoły fotografii na Folkuniversitetet w Sztokholmie. To był jej pomysł obliczony na zbliżanie ludzi za pośrednictwem fotografii. Artystka ma nadzieję, że ci, którzy nienawidzą Żydów, Arabów, imigrantów z Azji, homoseksualistów itd., itp., zaczną myśleć o nich inaczej, gdy ich trochę lepiej poznają - zobaczą na zdjęciu, spotkają ich wzrok, spostrzegą, że to tacy sami, zwyczajni ludzie jak oni.
Karolina Breguła sfotogr afowała trzydzieści par. Piętnaście dziewczęcych, piętnaście chłopięcych. Nie było łatwo znaleźć chętnych do pozowania, a zwłaszcza przekonać ich, że odsłaniając się dyskretnie ze swą seksualną innością, robią coś dobrego - zmniejszają uprzedzenia między ludźmi. Na pierwsze spotkanie w sprawie tej akcji zdjęciowej przyszła tylko jedna para. Wreszcie, po kilku miesiącach, sześćdziesiąt w sumie osób zdecydowało się na - jak mówią Anglicy - "coming-out", wyjście na zewnątrz, ujawnienie się z tym, że jest się gejem lub lesbijką. Nic podobnego na taką skalę, dotąd się w Polsce nie zdarzyło. Homoseksualiści - nawet opowiadając przed kamerami o swym losie - zwykle kryli twarze. Tym razem część z nich odważyła się ludziom pokazać twarze i całe swe postacie.
To nie są geje, jakich się zwykle widzi w mediach - uszminkowani, obwieszeni łańcuchami, piórami, strojący miny do kamery z okazji kolejnej "parady miłości". W życiu, w społeczeństwie, wspomnianych gejów-przebierańców jest stosunkowo niewielu, tworzą oni dość zamknięte środowiska. A jednak to im właśnie telewizja i gazety poświęcają szczególną uwagę - bo przedstawiają sobą gotową, malowniczą sensację medialną. Stanowią oczywiście problem - społeczny, kulturowy, ludzki, od którego odwracać się nie można. Daleko większym jednak problemem są nieporównanie liczniejsi homoseksualiści obojga płci, którzy niczym się - poza swymi preferencjami seksualnymi - od swych sąsiadów nie różnią. Żyje ich w Polsce - według miarodajnych obliczeń - mniej więcej dwa miliony. Można ich znaleźć nie tylko wśród tancerzy, aktorów, filmowców, muzyków, dziennikarzy i pisarzy, lecz także wśród lekarzy, prawników, uczonych, polityków, księży, biznesmenów czy wśród robotników, wojskowych, nauczycieli i studentów, urzędników i sprzedawców sklepowych. Są we wszystkich środowiskach, choć rzadko mogą nie kryć się ze swą odrębnością.
Tacy się urodzili. Powtórzmy raz jeszcze, co napisano wielokrotnie: od początku świata rodzą się kobiety i mężczyźni odczuwający pociąg seksualny do osobników tej samej płci. Wciąż nie wiadomo, skąd się ten fenomen bierze, niemniej jednak występuje on masowo. Zjawisko to, niezmiernie złożone i różnorodne, nie wynika z czyichkolwiek decyzji ani też z pobudek ideologicznych, moralnych, religijnych. Żadna "promocja" go nie zwiększy ani nie zmniejszy. Prześladowaniami "zboczeńców" można tylko unieszczęśliwiać ludzi. Gejem bądź lesbijką nie zostaje się z wyboru, nie można się też z homoseksualizmu wyleczyć. W przeszłości podejmowano takie próby (między innymi na skutek wyroku sądowego), lecz zwykle kończyły się one tragicznie, okaleczeniem a nawet śmiercią "pacjentów".
Jakiekolwiek racje by się przeciw homoseksualizmowi wytoczyło, istnieją uwarunkowani nim ludzie. Nie zwolennicy kaprysu czy mody obyczajowej, lecz żywe osoby mieszkające obok nas. Pracują, uczą się, kochają kogoś, są przez kogoś kochane. Zwykle nic nie wiemy o nich , ani o ich sprawach. Tym razem kilkadziesiąt takich osób wyszło ku przechodniom w polskich miastach, trzymając się za ręce. Nie ma tu prowokujących póz. Wszyscy ubrani są jak na spacer w chłodny dzień - w kurtki, szaliki. Uśmiechają się, jakby spotkali kogoś znajomego.
Pod kręcącym się mieczem
Dotarły do mnie głosy ludzi zaskoczonych i ujętych ich naturalnym widokiem, o czym świadczy choćby księga wpisów na niedawnej wystawie Karoliny Breguły (Warszawa, galeria TPSP Pałacyk). Jednak działacze z Młodzieży Wszechpolskiej zapowiedzieli, że nie dopuszczą do otwarcia tej wystawy w galerii ZPAP w krakowskich Sukiennicach (miało się ono odbyć 10 kwietnia), bowiem Kampania przeciw Homofobii to "promocja dewiacji seksualnych... zboczeń i deprawacji". Na stronie internetowej organizacji MW, pod orłem w koronie i kręcącym się jak wrzeciono mieczem, widać jedno ze zdjęć: dwóch chłopców w kurtkach na tle śniegu i drzew. Tutaj chłopcy ci przekreśleni są na krzyż grubą czerwoną krechą. Radny LPR, a zarazem prezes honorowy Młodzieży Wszechpolskiej Maciej Twaróg oznajmił: "Jeśli te plakaty pojawią się w naszych miastach, to mamy kilka pomysłów, w jaki sposób czynnie przeciwko nim protestować". W Gdańsku Wszechpolacy - jak się nazywają - ogłosili gotowość czynnej walki z "propagowaniem zboczenia w imię tak zwanej tolerancji". Na jakie czyny się zdobędą - jeszcze nie wiadomo. Również w Białymstoku Wszechpolacy odgrażają się, że wystąpią przeciw "zboczeńcom", choć tam Kampania nie dotrze. Na czym więc bądź na kim się wyładują - trudno powiedzieć.
"Nasz Dziennik" o billboardach "Niech nas zobaczą" pisze "dewiacyjna kampania", nie wdając się w szczegóły. Malowniczego stylu używa natomiast - rzecz ciekawa - dziennik "Rzeczpospolita" (20 marca, "Nowe wchodzi na billboardy"). Maciej Rybiński dowcipkuje na temat ujmowania się za "mniejszościami": "Na tym nie powinno się skończyć. (...) Idealny ze względu na poprawność polityczną byłby plakat Cygana, który jest jednocześnie kalwinem, filatelistą, weganinem, homoseksualistą i filosemitą. (...) Wyobraźmy sobie czas kampanii wyborczej i napisy przy wizerunkach kandydatów: koprofag, fetyszysta, zoofil". Tyle wytwornego humoru po to, by zestawić gejów dopominających się o swe prawa ze zjadaczami fekaliów i tymi, co spółkują ze zwierzętami.
Cienie rewolucji seksualnej
Równolegle trwa w Warszawie kampania polityczna wokół innej wystawy - także oskarżonej z paragrafu o rozwiązłość. Liga Polskich Rodzin śle do ministra kultury listy domagające się odwołania Wojciecha Krukowskiego, dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej, za to, że dopuścił do zorganizowania u siebie wystawy fotografii amerykańskiej artystki Nan Goldin.
W jej sztuce płeć stanowi rzeczywiście temat wiodący, widać ją wszędzie. Oglądamy prawdziwe dzieje "rewolucji seksualnej", która zaczęła się, gdy pięćdziesięcioletnia dziś Nan Goldin była nastolatką, gdy rosło pokolenie dzieci-kwiatów. Życie w hippisowskich komunach, hasła antywojenne: "Make love, not war". Muzyka, narkotyki, seks - w najrozmaitszych układach, także biseksualnych, homoseksualnych.
Widzimy nagość kąpiących się, pocałunki, splecenie ciał - jak na obrazach erotycznych, których znamy z różnych epok tysiące. Namiętność, radość. Niedbałe wnętrza rozległych mieszkań na Manhattanie, w San Francisco. W pewnym momencie pojawiają się klimaty niepokoju, szamotanina rwących się więzów między ludźmi. Sama Nan Goldin pokazuje swą twarz rozbitą przez oszalałego kochanka. Zapadnięte w siebie spojrzenia znarkotyzowanych, wbijane w żyłę strzykawki, bezwładne, wychudłe ciała w pościeli. Wreszcie - AIDS, szpitale, choroba i pełne tkliwości opiekowanie się umierającymi przyjaciółmi. Ich pogrzeby.
Nan Goldin wytrwale robi zdjęcia swej licznej - jak mówi - "rodzinie" przyjaciół w różnych miastach po obu stronach oceanu. Fotografuje ich w sytuacjach bardzo nieraz intymnych, także w upadku, w rozpaczy. Lecz nawet gdy zdjęcie jest już gotowe - niszczy je, jeśli osoba na nim przedstawiona nie chce, by ktoś ją tak oglądał. Sama należy bez reszty do tego środowiska, jej życie płynie od detoksu do detoksu. Nie epatuje tym jednak nikogo ani też nikogo z fotografowanych nie stara się demaskować, odbierać mu godności - w jakiejkolwiek znajdowałby się sytuacji.
To bardzo smutna, a zarazem poruszająca wystawa. Wielkość sztuki Nan Goldin wyraża się w tym, że oglądaniu scen bardzo nieraz śmiałych, przykrych, lecz uderzająco prawdziwych, cały czas towarzyszy poczucie, że mamy przed sobą ludzi, jednostki ludzkie osaczone przez ten los, niezmiernie poplątany. Artystka - mówiła to wielokrotnie - ma też przekonanie, że spełnia pewną misję. Pokazuje historię pierwszego pokolenia rewolucji seksualnej - pokolenia, które weszło w nią nieprzygotowane, nieświadome niebezpieczeństw, które nie miało pojęcia o rzeczywistej grozie narkotyków, AIDS, konsekwencjach przypadkowych kontaktów seksualnych - i zapłaciło za to straszną cenę. Nan Goldin uważa, że jej wystawy mogą być przestrogą.
Piszący listy do władz czytelnicy "Naszego Dziennika" i słuchacze Radia Maryja oraz członkowie Ligi Polskich Rodzin, a także Komisji do spraw Obrony Wartości Narodowych przy zarządzie NSZZ "Solidarność" stanowczo domagają się, by takich zjawisk nie pokazywać oraz surowo ukarać ludzi, którzy się tego dopuścili.
Prawa przeciw sodomii
W ojczyźnie Nan Goldin problem homoseksualizmu znalazł się w ostatnich dniach - mimo toczącej się wojny - znowu wśród bulwersujących opinię wydarzeń. Sąd Najwyższy USA przystąpił 27 marca do rozpatrywania sprawy Lawrence v. Texas. Dwaj geje odwołują się od wyroku sądu w Teksasie, który skazał ich na mocy tzw. Sodomy Laws za odbywanie "dewiacyjnego" stosunku seksualnego.
17 września 1998 r. w mieście Houston do mieszkania Johna Lawrence'a wtargnęła policja zawiadomiona przez sąsiada, iż grasuje tam włamywacz z bronią w ręku. Włamywacza nie było, natomiast w łóżku gospodarza (l. 51) znajdował się wraz z nim Tyron Garner (l. 36). Obaj panowie byli nadzy. Policja aresztowała ich, odbył się proces zakończony orzeczeniem - zgodnie ze stanowym prawodawstwem - grzywny po 200 dolarów od każdego.
"Sodomy Laws" obowiązują dziś w USA w 13 stanach. W Teksasie, Kansas, Missouri i Oklahomie zabraniają stosunków homoseksualnych, również między dorosłymi, nawet za ich obopólną zgodą. W pozostałych dziewięciu stanach za karalną "sodomię" uznaje się masturbację, a także stosunek analny lub oralny między osobami płci przeciwnej, choćby to byli małżonkowie. Chodzi o walkę z grzechem - w obronie czystości moralnej, prokreacji i rodziny.
Warto wiedzieć, że "Sodomy Laws" ustanowił w 1533 r. król Anglii Henryk VIII - ten sam, który z żonami swymi rozwodził się nieraz przy użyciu topora. Prawa te stosowano później w koloniach brytyjskich w Ameryce, następnie zaś przeszły na wolne Stany Zjednoczone, gdzie przetrwały w całym kraju do roku 1960. Dopiero rewolucja seksualna lat 60., której skutki uboczne pokazuje Nan Goldin, sprawiła, że w większości stanów wykreślono "Sodomy Laws" z kodeksu karnego. Uświadamia nam to raz jeszcze, że młodzież tamtej epoki miała się przeciw czemu i przeciw komu buntować, choć formy tego buntu okazywały się czasem nieszczęśliwe.
Debata w Sądzie Najwyższym wokół sprawy Lawrence v. Texas zaostrza się. Zwolennicy status quo twierdzą, że zrównanie gejów w prawach z ogółem obywateli stanowiłoby zagrożenie dla małżeństwa i rodziny. Lepiej więc - ich zdaniem - "Sodomy Laws" utrzymać, bo umacniają tradycję - nawet jeśli w praktyce rzadko się zdarza, by gejów za to tylko, że są gejami, wysyłano do więzienia. A że pozostają oni w kodeksach potępieni jako zboczeńcy - cóż, powiedział sędzia William Rosenquist: "Niemal wszystkie prawa opierają się na potępieniu jakichś ludzi lub zachowań". Obrońcy swobód obywatelskich wskazują natomiast, że państwo pod żadnym pozorem nie powinno móc wkraczać do prywatnych mieszkań dorosłych ludzi i narzucać im takie, a nie inne sposoby zbliżenia seksualnego.
Można przewidywać, że w USA nieustanna ewolucja prawa przyniesie w tym przypadku potwierdzenie swobód obywatelskich, w wyniku czego dozorcy cudzej moralności stracą wreszcie swe dekrety z XVI w.
W Polsce natomiast wygląda na to, że ci, którzy na ulicy niszczą plakaty, grożą agresją wobec wystaw, którzy krzyczą w związku z wizerunkami homoseksualnych par o zboczeńcach i "koprofagach", że oni właśnie mogą się czuć bezkarni i aprobowani. W wielu przypadkach gospodarze miejsc, gdzie znalazły się billboardy Kampanii, żądają, by je zabrano. Nie chcą ich; trudno powiedzieć, czy z odrazy do nieznanych form miłości, czy ze strachu przed słoikami z farbą i kamieniami. Prezydent stolicy Lech Kaczyński (Prawo i Sprawiedliwość) uznał za stosowne powiedzieć prasie, iż "nie uważa, żeby upodobania homoseksualne należało reklamować" ("Super Express" z 18 marca).
Wystawa "Niech nas zobaczą", która miała zostać otwarta 10 kwietnia w krakowskiej galerii Związku Polskich Artystów Plastyków "Sukiennice", została 7 kwietnia odwołana przez zarząd Okręgu Krakowskiego ZPAP. Prezes zarządu Stanisław Tabisz powiedział mi, że stało się to wyłącznie ze względu na "niski poziom artystyczny" zdjęć Karoliny Breguły. Potem dodał, że odegrała też rolę chęć "przeakcentowania galerii na sprzedaż dzieł sztuki". Zarząd okręgu ZPAP w Krakowie wydał 8 kwietnia specjalny komunikat, w którym znajdujemy dziwne słowa, że decyzja w sprawie odwołania wystawy nie wiąże się "z narzucaniem poglądów etycznych i obyczajowych ani tym bardziej z ich gorliwym lub tendencyjnym propagowaniem".
W stanie wojennym zarzucano ZPAP "gorliwe i tendencyjne propagowanie" idei niemiłych władzom. Związek nie przestraszył się tego. Pokazał także, że potrafi bronić ludzi, gdy urządzano na nich nagonki. Ale to było dawno temu.
Dzisiaj - na oczach wszystkich, wśród gadania o szczytnych wartościach - nad poszanowaniem praw człowieka bierze u nas górę prawo do nieskrępowanego opaskudzania ludzi i ich wizerunków. Delikatna Kampania przeciw Homofobii wywołała w odpowiedzi zajadłą Kampanię przeciw Innym.
Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa: Nie tłumię wolności
Gazeta: Panie Prezydencie, w mieście, którego jest Pan gospodarzem, zniszczono plakaty Kampanii przeciw Homofobii, nie dopuszczono do otwarcia wystawy "Niech nas zobaczą", pewni ludzie z władz miasta zapowiadają, że "promowanie zboczeń" powstrzymają siłą. Jakie jest w tej sprawie Pana stanowisko?
Jacek Majchrowski: Uważam, że to, co nie jest zabronione prawem, w tym postawy homoseksualne, ma prawo do swobodnego ujawniania się. Próby tłumienia wolności są mi obce. Czasem niezrozumiałe, jak niedopuszczenie do wystawy. Wystawa odbędzie się, tyle że w innej galerii.
Mówił Pan jednak, że te plakaty są "kontrowersyjne", że doprowadzą do niszczenia przystanków komunikacji miejskiej.
- Mówiłem to na podstawie znajomości społeczeństwa i, niestety, się nie pomyliłem. Nigdy jednak nie zakazywałem ich rozmieszczania na ulicach ani też - co mi niektóre gazety przypisały - nie wypowiadałem się przeciw homoseksualistom.
A jednak niektórzy przedstawiciele władzy to robią.
- To nie są osoby z mego urzędu, lecz radni wyłonieni w wolnych wyborach.
Czy może Pan coś zrobić, by pomóc brutalnie potraktowanym ludziom z Kampanii przeciw Homofobii?
- Politycy korzystają ze swobody wypowiedzi. Galeria ZPAP nie należy do miasta - są jednak inne galerie. A wandali powstrzymać trudno.
Piotr Parnowski, prezes zarządu AMS: Nas na to nie stać
Gazeta: Czemu wycofaliście się ze współpracy z Kampanią przeciw Homofobii?
Piotr Parnowski: Nie zdecydowaliśmy się na patronat medialny nad Kampanią, to znaczy na wzięcie wszystkich kosztów na siebie. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Dodatkowo w 2003 roku zmieniła się nasza strategia promocyjna. Zaproponowaliśmy jednak Kampanii przeciw Homofobii współpracę na zasadach komercyjnych, oferując jednocześnie preferencyjne warunki z uwagi na społeczny charakter kampanii. Przyjęli inne rozwiązanie.
Czy ataki Ligi Polskich Rodzin na zapowiedzianą Kampanię miały wpływ na Waszą decyzję?
- Nie, podjęliśmy ją na tydzień przed pierwszymi atakami.
Jak Pan ocenia obecną nagonkę na Kampanię, niszczenie plakatów, odwołanie wystawy w Krakowie?
- Źle oceniam, to okropne. Jest nam także przykro, że nas się z tym jakoś łączy. Niesłusznie. Nie jesteśmy homofobami.
|