 |
 |
>
|
Rzeczpospolita: Przemoc, przestrzeń publiczna i demokracja - polemika z Piotrem Semką, 13.05.2003
Polemiki: Homoseksualiści powinni mieć prawo do upubliczniania swojego stylu życia
Artykuł Piotra Semki "Wolność na wyłączność?" z 28 kwietnia, dotyczący akcji Kampanii Przeciw Homofobii "Niech nas zobaczą", poruszył ważny problem, jakim jest sytuacja, w której przyszło w Polsce żyć gejom i lesbijkom. Fakt, że jego artykuł był reakcją na akcję KPH dowodzi, że jej organizatorzy już odnieśli sukces, udało im się bowiem rozpocząć w mediach dyskusję nad problemem, na który chcieli zwrócić uwagę.
Trudno jednak nie przejść obojętnie nad niektórymi tezami i sformułowaniami autora. Zarzuca on organizatorom krytykowanej przez siebie akcji praktykowanie ni mniej, ni więcej, tylko "wizualnej agresji". "Zdjęcia de facto lansują homoseksualizm i jako takie wywołują protest osób wyznających tradycyjny system wartości".
Postaram się teraz zrekonstruować Piotra Semki wizję przestrzeni publicznej.
We współczesnych, demokratycznych społeczeństwach naczelną regułą kształtującą obszar przestrzeni publicznej jest zasada wolności słowa. W praktyce z oficjalnego dyskursu wyklucza się jedynie stanowiska skrajne, nawołujące do przemocy i nienawiści, obojętne, jak umotywowanej. Dlaczego więc plakaty pokazujące dwoje ubranych ludzi trzymających się za ręce oburzają go do tego stopnia, że właściwie żąda on ich usunięcia, ponieważ - jego zdaniem - ich prezentowanie na billboardach narusza obywatelskie prawa tych obywateli naszego państwa, którzy są rzymskimi katolikami? Jest to możliwe dzięki temu, że Semka utożsamia demokratyczno-liberalny dyskurs publiczny z dyskursem - jak sam go nazywa - tradycyjnym. Cechą tego ostatniego jest zaś heteronormatywność, czyli arbitralne, kulturowo i historycznie uwarunkowane, uznanie za prawidłową - "normalną" właśnie - formę zaspokajania popędu seksualnego jedynie przez kontakty między przedstawicielami odmiennych płci. W obrębie takiego dyskursu każda wzmianka o tym, że możliwe jest jej zaspokojenie na przykład między dwiema kobietami, stanowi zamach na jego integralność i z założenia musi być eliminowana. Rzecz w tym, że dyskurs heteronormatywny nie jest tożsamy z dyskursem liberalnej demokracji. Na tzw. Zachodzie zaczęto sobie z tego zdawać sprawę w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia; u nas świadomość zarówno historycznej przypadkowości ukształtowania się heteronormatywnego dyskursu, jak i niezasłużonych cierpień, na które skazywał on i nadal skazuje osoby niemieszczące się w jego granicach, dopiero zaczyna kiełkować.
Stosunek do homoseksualizmu Kościoła katolickiego - pisze autor - pozostaje niezmienny. Kościół występuje, co prawda, przeciw penalizacji tego zjawiska i deklaruje pomoc duszpasterską osobom o takich skłonnościach, ale jego nauczanie pozostaje niezmienne. Czynny i konsumowany homoseksualizm pozostaje zjawiskiem potępianym przez Biblię i uznawanym za sprzeczne z naturą."
Faktycznie, jest to dość wierne przedstawienie sprawy. Jako niechrześcijanina jednak mało obchodzi mnie zdanie Kościoła rzymskokatolickiego czy to w kwestii społecznej wartości związków gejowskich, czy też np. w sprawie przystąpienia Polski do UE. Natomiast jako obywatela tego kraju jak najbardziej obchodzi mnie to, że część moich rodaków codziennie, na każdym niemal kroku, cierpi i jest szykanowana (bo jeśli nie jest szykanowaniem stwierdzenie o kimś, kto nikomu żadnej krzywdy nie wyrządził, że jest człowiekiem o złych skłonnościach i że powinien się siebie głęboko wstydzić - to czymże w takim razie jest szykanowanie?). Przyznam się, że nie bardzo rozumiem, skąd u Semki to ciągłe powoływanie się na rzymskokatolickie nauczanie. Celem KPH nie jest przecież zmiana treści doktrynalnych tego czy innego wyznania, ale zmiana społecznego i prawnego położenia paru milionów Polaków i Polek, którzy dziś żyją w swoim kraju zaszczuci; a państwo, na rzecz którego płacą podatki, nie zapewnia ani im, ani związkom, w których żyją, żadnej ochrony prawnej. Na ile mi wiadomo, III RP jest państwem świeckim, a jej konstytucją nie jest wydany ostatnio przez Stolicę Apostolską "Leksykon rodziny i życia".
Autor artykułu z troską pyta: "Ile z zaprezentowanych w kampanii plakatowej homoseksualnych par przetrwa próbę czasu?" i natychmiast - choć nie wprost - udziela sobie odpowiedzi. Powołując się na statystyki pisze bowiem, że "trwałość związków (jednopłciowych - przyp. T.D.) jest wielokrotnie mniejsza (niż trwałość związków heteroseksualnych - przyp. T.D.)". Chciałbym zapytać redaktora Semkę o to, jakie to statystyki, kto, kiedy i gdzie je zrobił i jaką posłużył się przy ich konstrukcji metodologią.
W tym samym zdaniu autor wspomina, że czynników integrujących związki gejów oraz lesbijek jest znacznie mniej niż w przypadku (rozpadających się również, jak słusznie zauważa sam redaktor Semka) związków heteroseksualnych. Niewątpliwie jednym z takich stabilizatorów związku dwojga ludzi jest możliwość jego legalizacji. Prawne uznanie daje bowiem wiele ważkich przywilejów: możliwość odbierania poleconych przesyłek pocztowych zaadresowanych na nazwisko partnera/ki, możliwość wspólnego zaciągnięcia kredytu (np. na zakup mieszkania), korzystanie z publicznej opieki zdrowotnej czy - last but not least - możliwość wspólnego opodatkowania się. Wprawdzie chorobliwi homofobowie uważają możliwość wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich, cieszących się tymi i tylko tymi "przywilejami", za niedopuszczalny zamach na fundamenty zachodniej cywilizacji, ale z tekstu Piotra Semki wyraźnie przecież wynika, że nie jest on chorobliwym homofobem.
Ważne jest jedno: na pytanie Semki, czy - jak ich oględnie określa - "osoby nieakceptujące homoseksualizmu" mają prawo w demokratycznym społeczeństwie do wyrażania swoich poglądów, odpowiedź jednoznacznie brzmi tak. To samo jednak dotyczy organizacji gejowsko-lesbijskich: mają one pełne prawo wieszać, co chcą i gdzie chcą. Jeśli redaktorowi Semce te plakaty się nie podobają, niech zorganizuje własną kontrkampanię, a nie żąda usunięcia z przestrzeni publicznej niemiłych jego sercu treści. Bo jeśli ktoś żąda tolerancji tylko dla własnych poglądów, ryzykuje tym, że kiedyś z kolei ich upublicznianie zostanie uznane za "przemoc wizualną", która może być akceptowalna w ramach nowego status quo jedynie w katakumbach wielkich miast. Jak bowiem powiada Pismo - na które redaktor Semka tyle razy się powołuje, uzasadniając negatywny stosunek do gejów i lesbijek - "Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!" (Mt, 6, 12).
Autor jest studentem III roku socjologii Uniwersytetu Łódzkiego
Tomasz Drabowicz
|