|
|
Rzeczpospolita: Wyznanie chorobliwego homofoba - polemika z Piotrem Semką, 16.05.2003
Polemika: Tolerancja wobec homoseksualistów nie oznacza równouprawnienia ich związków
Żyjemy w epoce, w której większość fundamentalnych przekonań, na jakich osadzona została nasza kultura, jest kwestionowana i odrzucana. Człowiek nie może jednak myśleć, a więc i funkcjonować bez żadnych założeń.
W miejsce kulturowych zasad pojawiają się więc obiegowe opinie przyjmowane tym bardziej bezkrytycznie, z im większą pasją nicowane były i podważane tradycyjne idee. Krytycy tradycyjnej kultury domagają się od jej obrońców przeprowadzenia dowodu, że zasady, na których się ona opiera, są prawdziwe. Rzeczy niemożliwej, gdyż dowody sensu stricto nie odnoszą się do obyczajów, etyki, reguł zachowań społecznych. Skoro nie ma dowodu, twierdzą owi krytycy, to wszelkie zasady są arbitralne. Nie zauważają tym samym, że trwanie i rozwój kultury to już pewnego rodzaju dowód, iż taka kultura ma prawdziwe podstawy. Ciężar dowodu obalającego tradycyjne przeświadczenia powinien zatem spoczywać nie na obrońcach, ale na krytykach odziedziczonych norm.
Postmodernistyczny żargon
Refleksje te przychodzą do głowy w trakcie czytania "Przemocy, przestrzeni publicznej i demokracji" Piotra Drabowicza ("Rz", 13.05.2003), polemizującego z opublikowanym wcześniej artykułem Piotra Semki.
Pisze autor: "Semka utożsamia demokratyczno-liberalny dyskurs publiczny z tradycyjnym. Cechą zaś tego ostatniego jest jego heteronormatywność, czyli arbitralne, kulturowo i historycznie uwarunkowane, uznanie za prawidłową - ÇnormalnąČ właśnie - formę zaspokajania popędu seksualnego jedynie przez kontakty między przedstawicielami odmiennych płci." Dalej zauważa, że tożsamość "heteronormalnego dyskursu" z "dyskursem liberalnym" jest złudzeniem, które zostało zdemaskowane na przełomie lat 60. i 70. minionego stulecia.
Znamienny jest postmodernistyczny żargon, w którym młody autor ujmuje swoje rewelacje. Rzeczywistość kulturowa to "dyskurs" (ewentualnie tekst). Zabieg ten ma charakter relatywizujący - nie twierdzę, że Drabowicz robi to świadomie, ale wybór określonej stylistyki pociąga za sobą wybór określonych znaczeń. Każdemu dyskursowi przeciwstawić można inny, każdemu tekstowi tekst odmienny. Nie ma między nimi istotowej różnicy. "Dyskursami" można posługiwać się swobodnie, wyrywać je z kontekstu, przeciwstawiać sobie, "grać" nimi. I tak Michael Foucault "uświadomił nam", że heteroseksualna norma (i prawie każda inna) nie ma nic wspólnego z liberalną demokracją. Tak się jednak dzieje, że liberalna demokracja zbudowana została w określonej kulturze, na fundamencie określonych norm. Jeśli odrzucimy te normy, kultura zawali się albo, ujmując to delikatnie, radykalnie się przeistoczy. Nie wiemy, czy liberalna demokracja to wytrzyma. Dla Drabowicza są to normy arbitralne, gdyż historyczne i kulturowe. W rzeczywistości ludzkiej jednak wszystkie zasady i wartości ujawniają się w kulturowych i historycznych warunkach, co nie znaczy, że są jednakowo arbitralne. Nie mówiąc o tym, że uznanie ich za "przypadkowe" jest po prostu nonsensem. Piotr Drabowicz powinien już wiedzieć, że narodził się jako owoc związku heteroseksualnego. I to jest naturalny związek, gdyż w wymiarze biologicznym pozwala odradzać się i przetrwać gatunkowi, a w wymiarze kulturowym obliguje ludzi do troski i opieki nad potomstwem i wpisuje ich we wspólnotę, która łączy ludzi również w czasie, gdyż nie zaczęła się z ich narodzinami, a nie skończy z ich śmiercią.
Znamienne jednak, że Drabowicza interesuje w tej kwestii wyłącznie "zaspokajanie popędu". W tej jednak sprawie nie ma sporu między nim a Semką, który uznaje, że człowiek, jeśli nie krzywdzi innych, może zaspokajać popęd, jak chce. Natomiast związek homoseksualny będzie ułomny, choćby z powodów, o których wspominałem powyżej, choć nie ośmieliłbym się posunąć tak daleko, aby zredukować go wyłącznie do zaspokojenia popędu. W różnych kulturach istniały różne stopnie akceptacji homoseksualizmu. Jednak ani w antycznej, ani w żadnej innej znanej opartej na monogamicznej rodzinie nie istniał model równouprawnienia związków hetero- i homoseksualnych i gdyby Drabowicz zaproponował to starożytnym Grekom, uznaliby go za niespełna rozumu. Grecy rozumieli, że celem życia człowieka w przeciwieństwie do zwierząt nie jest wyłącznie zaspokajanie popędu.
Płciowość, czyli niedopełnienie
Można powiedzieć, że w naturę ludzką wpisane jest niedopełnienie, a płciowość jest tego przejawem. Stąd mit androgynii, istoty samowystarczalnej, a więc doskonałej, o czym człowiek może tylko roić, gdyż jego status wyznacza jego płciowość, a więc nie samowystarczalność.
"Wprawdzie chorobliwi homofobowie uważają możliwość wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich (...) za niedopuszczalny zamach na fundamenty zachodniej cywilizacji..." - pisze Drabowicz. Rozumiem, że jako przeciwnik legalizacji takich małżeństw, co w żadnym wypadku nie znaczy penalizacji homoseksualizmu, nie powinienem się odzywać, gdyż moje motywy bez reszty definiuje "chorobliwa fobia", ale jednak niepoprawnie spróbuję wyjaśnić moją postawę. Jeśli zalegalizujemy związki homoseksualne jako normalne małżeństwa, to będziemy musieli przyznać im te same prawa co małżeństwom innym, a więc prawo do adopcji i wychowania dzieci. Wbrew wszystkim pomysłom odkrywców arbitralności heteroseksualnej rodziny i patriarchalnego modelu wychowania okazało się (i ciągle się okazuje), że dzieci potrzebują takiej właśnie rodziny, a więc matki i ojca. Życie w rodzinach niepełnych, a zwłaszcza poza nimi zawsze negatywnie odbija się na ich psychice. Pomysł eksperymentowania na dzieciach, ofiarowując im dwóch tatusiów lub dwie mamusie, jest odrażający, gdyż na ludziach eksperymentować nie wolno, zwłaszcza jeśli są bezradni i wiadomo, że eksperyment źle się skończy.
Prewencyjne groźby
Piotr Drabowicz nie zajmuje się jednak losem dzieci, a wyłącznie cierpieniami homoseksualistów, którzy nie są w pełni akceptowani społecznie. Nieprzypadkowo również, odwołując się ciągle do tolerancji i prawa do swobodnej wymiany poglądów, zamyka on usta potencjalnym oponentom prewencyjnymi groźbami, do których klasycznego rejestru należy psychiatryczna kwalifikacja, bo taką jest określenie chorobliwa homofobia. Domaganiu się wolności propagowania homoseksualizmu jako alternatywnego stylu życia towarzyszy dyskredytujący epitet dla inaczej myślących. Zresztą w sposób typowy dla współczesności Drabowicz nadużywa pojęcia tolerancji, która oznacza zakaz prześladowania innych, a nie zakaz wartościowania rozmaitych postaw życiowych.
Skoro jednak Drabowicz jest za nieskrępowanym wyrażaniem swoich postaw: "mają prawo wieszać, co chcą i gdzie chcą", to rozumiem, że zaakceptowałby plakaty, na których homoseksualiści kopulowaliby ze sobą. Coś go jednak wstrzymuje przed optowaniem za takimi demonstracjami. Broniąc plakatów Kampanii przeciw Homofobii, wskazuje, że mężczyźni są na nich "ubrani" i trzymają się tylko za ręce. Trudno znaleźć inne wytłumaczenia dla prezentowanej przez niego wstrzemięźliwość niż względy tzw. mieszczańskiej przyzwoitości. A jest ona przecież dużo bardziej arbitralna i przypadkowa niż uznanie za rodzinę wyłącznie heteroseksualnego związku. Wspomniane plakaty są propagowaniem fundamentalnej zmiany obyczajowej, a nie tolerancji.
I jest to akcja współfinansowana z pieniędzy podatników. Tym bardziej należało się nad nią zastanowić.
Bronisław Wildstein
|